Psia Terapia

W dżungli życia,w życia buszu zawsze Ci pomogą cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon . L.J.Kern

Lektury dogoterapeuty

  • sobota, 15 czerwca 2013
    • "Głaskane, tuczone, zabijane" Anton Rotzetter

      Czekając na złożenie wniosku paszportowego moich dzieci (a czeka się w Poznaniu dobrych kilka godzin), zajrzałam do Księgarni Św. Wojciecha a tam... książka, której wyglądałam od dłuższego czasu. Publikacja dotycząca wegetarianizmu, obronie praw zwierząt napisana przez katolickiego duchownego. Kilka lat temu pojawiła się świetna książka poświęcona tej samej tematyce, ale pisana przez anglikańskiego teologa (Andrew Linzey "Teologia Zwierząt"). Publikacji katolickich, jak na lekarstwo. Czyżby Kościół katolicki miał w nosie ekologie, to co dzieje się z Ziemią, zwierzętami, ubożeniem części świata? Ta książka to właśnie odpowiedź na moje pytania i rozrachunek m.in ze współczesnymi katolikami, którzy  uciekają od wnikliwego  spojrzenia pod kątem etyki chrześcijańskiej na negatywne procesy globalizacji. "Głaskane, tuczone zabijane" napisał Anton Rotzetter szwajcarski kapucyn, teolog, współzałożyciel Instytutu Zoologii Teologicznej i prezes szwajcarskiej sekcji organizacji AKUT (Inicjatywa Kościół i Zwierzęta). Kapucyni (Bracia Mniejsi) to zakon, którego patronem jest św. Franciszek i właśnie do tez głoszonych przez św. Franciszka, jak i fragmentów Biblii odwołuje się w swojej książce Anton Rotzetter. A pisze nie tylko o zwierzętach i naszym współczesnym stosunku do nich. Autor rozprawia się z obecnymi tendencjami światowymi dotyczącymi degradacji naszej planety, rolnictwa i produkcji żywności opanowanych przez wielkie koncerny, wprowadzaniu modyfikowanych genetycznie roślin, masowej hodowli zwierząt i ubojni, czyli z traktowaniem tego co zostało nam dane jako piękny dar, a zostało w obecnym czasie zdegradowane do przedmiotu konsumpcji kosztem innych ludzi, zwierząt i samej Ziemi.

      Książka składa się z czterech części. W pierwszej autor opisuje różne sposoby traktowania zwierząt we współczesnym świecie: wciąż obecne w wielu krajach doświadczenia na zwierzętach, masowe hodowle i ubojnie, niehumanitarny transport zwierząt, okrutne wykorzystywanie ich w sztuce. Ta część to próba pokazania, że w wielu przypadkach zaczęliśmy traktować zwierzęta przedmiotowo, jako coś dla nas, co ma nam służyć, a nie podmiotowo, jako odrębne istoty mające prawo do swojego, godnego życia. To co najbardziej ujęło mnie w tej części to wołanie autora o miłość do stworzenia, wszelkiego rodzaju, tak jak czynił to św. Franciszek. Autor potrafi krytycznie spojrzeć i na tych co bagatelizują i unikają konfrontacji z przyjrzeniem się okrucieństwu jakie współczesna machina doświadczalno-produkcyjno-handlowa czyni ze zwierzętami, jak i na tych ekologów, którzy kochają wybiórczo, bo broniąc praw zwierząt potrafią  być nienawistni do ludzi. Celem nadrzędnym jest miłość do wszelkiego stworzenia, a nie sama walka o prawa zwierząt. Niemniej kierując się tą miłością powinniśmy zauważać jej braki w konsumpcyjnym stylu życia w obecnym świecie i szkody jakie z takiego stylu zycia dla świata wynikają. Czy wiedzieliście, że nadmierna produkcja i spożycie mięsa we współczesnym świecie prowadzi do głodu i ubóstwa wielu ludzi? Czy myśleliście o tym, że masowe hodowle przyczyniają się nie tylko do głodu części ludzi, ale i do degradacji środowiska (nadprodukcji dwutlenku węgla, metanu)? O tym można właśnie przeczytać w tej książce.

      Jej druga część ("Jak powinniśmy traktować zwierzęta"), to próba przyjrzenia się z punktu widzenia etyki problemom, z którymi jesteśmy konfrontowani we współczesnym świecie. Jak dla mnie ta część jest najciekawsza. Autor wskazuje rozumowe argumenty, które mają stać się etycznymi wskazaniami dla stwierdzeń teologicznych (zwierze jest stworzeniem Bożym), filozoficznych (zwierze jest celem samo w sobie) i empirycznych. Nie ucieka od przyznania, że w chrześcijaństwie nie ma zakazu spożywania mięsa, jednak współczesna rzeczywistość i to co się dzieje ze światem dalekie jest od głównej idei chrześcijaństwa, idei franciszkańskiej, czyli miłości. Bo to miłość właśnie ma motywować nas do takich wyborów, aby nasze życie nie przyczyniało się do cierpienia i zagłady innych istot i świata. Aby przez naszą mięsożerność nie prowadzono masowych hodowli bydła, drobiu, trzody, gdzie zwierzęta żyją dla naszych, konsumpcyjnych celów w niehumanitarnych warunkach, a nie dla celów jakie mają same w sobie. Aby przez naszą mięsożerność nie trzeba było karczować lasów tropikalnych w celu poszerzania terenów pod uprawy paszy dla bydła, bo pozbawiamy w ten sposób bytu wielu miejscowych ludzi, którzy żyli z własnych poletek i pracy w lokalnym środowisku. Aby przez utrzymywanie wielkich stad zwierząt służących jedynie do zjadania nie przyczyniać się do globalnego ocieplenia klimatu.  W tej części można też dowiedzieć się czym jest "wirtualna woda" i  "ślad ekologiczny". Mam wrażenie, że ta część to takie wyprowadzanie nas z naszego małego świata w świat globalny, z jego problemami i negatywnymi zjawiskami, o których często nie myślimy. Autor zachęca nas do przemyślenia własnego stanowiska i postawy, do skonfrontowania się z tym na ile miłość do stworzenia i świata kieruje naszymi przekonaniami i na ile dla tej miłości będziemy mogli zrezygnować z własnych przyzwyczajeń.

      Trzecia część książki ("Polityka na rzecz zwierząt") to przegląd organizacji i środowisk: społecznych, religijnych, politycznych w kierunku możliwości ich działania na rzecz poprawy bytu ludzi i zwierząt. Rotzetter zachęca do wegetarianizmu, jako postawy wynikającej z miłości do świata i dbałości o stan Ziemi, ludzi, zwierząt. W swoich poglądach jest bardzo radykalny, wzywa np. wspólnoty zakonne do bezwzględnego wegetarianizmu.

      Czwarta część ("Bóg kocha zwierzęta"), to poszukiwanie u źródeł, czyli cytaty z Biblii, z dzieł św. Franciszka i ich tłumaczenie pod kątem dbałości o świat stworzony. " Czy odnosimy się do świata stworzonego na sposób ojcowski i macierzyński, niczym ogrodnicy, opiekujący się przyrodą nieożywioną, roślinami, zwierzętami i innymi ludźmi?  A może już zerwaliśmy nasze więzi z Bogiem i absolutyzujemy samych siebie? Może popadliśmy w manię wielkości i uważamy, że wolno nam wszystko?" Takie pytania padają w tej części, ale też i odpowiedzi. Wystarczy tylko ją przeczytać :)

      Dla kogo ta książka? Zwłaszcza dla tych co jeszcze mięso jedzą, choć dla nich może być momentami bolesną konfrontacją z przykrą rzeczywistością. Ale też i dla wegetarian, bo poszerza spojrzenie na współczesne, globalne problemy.  To co dla mnie w niej najważniejsze, to nie samo niejedzenie mięsa, tylko miłość i współodpowiedzialność za stan naszego świata, leżąca u podstaw takiej decyzji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „"Głaskane, tuczone, zabijane" Anton Rotzetter”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      sobota, 15 czerwca 2013 20:47
  • wtorek, 19 lutego 2013
    • "Życie Pi" Yann Martel

      Zastanawiałam się czy pisać o tej książce. Mam poczucie, że większość osób i tak już widziała film, jeśli nie czytała wcześniej, lub później książki, na podstawie której został on zrobiony. Filmu nie widziałam, książkę czytałam i poczytałam też sobie kilka recenzji (zwłaszcza filmowych). I cóż...? Można zatrzymać się na jednoznacznym i dosłownym widzeniu tej historii i być może sporej grupie osób to wystarcza. Wygląda na to, że przez pewnego rodzaju zaskoczenie w ostatniej części książki i niepewność, cała opowieść nabiera mocno projekcyjnego charakteru, jedni znajdą w niej pragnienie wytrwania i siłę bohatera w walce z żywiołem i tygrysem, inni miłość do Boga, która umożliwia przejście ciężkich chwil, a jeszcze inni...? No właśnie, chciałabym napisać o tej powieści jako ten jeszcze inny, troszkę popsychologizować i troszkę poszukać w niej czegoś więcej niż bajkowej opowieści o ocalałym rozbitku płynącym na tratwie z tygrysem.

      Książka ma trzy części: pierwszą, długą, opisującą dzieciństwo głównego bohatera Pi Patela, wychowującego się z bratem i rodzicami w zoo, które prowadził jego ojciec. Dzieciństwo, w którym głównie skupia się na opisywaniu zwyczajów zwierząt, ich praw, funkcjonowania w zoo, a jednocześnie dzieciństwo, w którym przez nadane mu imię (Piscine, na cześć basenu) staje się pośmiewiskiem dla rówieśników i przedmiotem drwin. Do czasu aż nie odkrywa skróconej wersji swojego imienia, a jednocześnie symbolicznie nieskończonej wersji, czyli Pi.  Wtedy też opis dzieciństwa przesuwa się w kierunku duchowych poszukiwań i odkrycia Boga -Miłości w trzech religiach: chrześcijaństwie, muzułmanizmie i hinduizmie. Dla bohatera ta sama miłość, tylko w trzech różnych wyznaniach, w różnych formach kultu, miłość w postaci Boga- władcy, jak i w postaci Boga- cierpiącego z miłości do ludzi Chrystusa.

      Wiem, że dla wielu osób czytających książkę ta część bywa najbardziej nużąca, dla mnie również była częścią niestety najnudniejszą, której sens zaczęłam odkrywać dopiero na końcu książki. Opisy duchowych poszukiwań bohatera momentami wydawały mi się groteskowe i czasem bardzo powierzchowne (choć być może to efekt, że równolegle z "Życiem Pi" czytałam życiorys i dzieła św. Katarzyny ;)  a zwyczaje zwierząt, które opisywał, owszem ciekawe, choć oparte głównie na teorii dominacji osobników i zaznaczaniu osobniczego terytorium. W tej części, są też krótkie rozdziały ze spotkań autora i bohatera, mającego już koło 40lat. Sens tej części dostrzegłam niestety dopiero po przeczytaniu całej książki. Dla mnie stała się ona jakby jednym wymiarem (ego) bohatera: wrażliwego chłopaka, momentami wchodzącego w rolę kozła ofiarnego w relacjach społecznych, szukającego miłości i zdecydowanie wyalienowanego od życia rówieśników. To jakby jeden wizerunek Piscine'a, jeden jego sposób odbioru.

      Część druga, to katastrofa  statku, którym rodzina Pi, wraz ze zwierzętami, płynęła do Kanady. A potem opowieść o przetrwaniu 16-letniego bohatera przez 7 miesięcy, na pokładzie łodzi ratunkowej i tratwy, wraz z tygrysem. Pierwszy wizerunek Pi dojrzewa, mężnieje, przewartościowuje w obliczu głodu swój wegetarianizm i zabijanie zwierząt morskich, wiara w Boga daje przetrwanie w cierpieniu. W rezultacie sprawia wrażenie silniejszego osobnika w stadzie on  versus tygrys, podporządkowując go sobie przy pomocy gwizdka, znajomości zwyczajów zwierząt i słabości tygrysa (chorobie morskiej).  Początkowo Pi płynie jeszcze z 3 innymi zwierzętami (hieną, orangutanicą i zebrą ze złamaną nogą), ale w końcu zostaje sam z tygrysem. I wszystko wydaje się tak dosłowne w tej opowieści do momentu, w którym w stanie skrajnego wycieńczenia, oślepły, spotyka innego rozbitka, również ślepego Francuza. Dziwna rozmowa, w której Pi początkowo myśli, że rozmawia z tygrysem, a nie człowiekiem i zakończenie spotkania morderstwem. W tej opowieści to tygrys zabija Francuza, który zaczął podduszać Piscine'a. I można by nawet przejść dalej wierząc tylko w tę wersję, gdyby nie część trzecia.

      Najkrótsza, nadająca powieści wymiar filozoficzny, alegoryczny. Spotkanie ocalonego Piscine'a z komisją mającą ustalić przyczyny wypadku i pojawienie się... drugiej wersji opowieści. Opowieści, w której nie ma zwierząt, ale są ludzie, 4 rozbitków: Pi z matką, młody marynarz z połamaną nogą i kucharz Francuz. I tu można zacząć się zastanawiać, czy tygrys był w rzeczywistości, czy też tygrys to nie alter ego samego Pi? Dla mnie ta druga opowieść to jakby drugi wizerunek Piscina, właśnie takie alter ego. Taki wizerunek, który był do przyjęcia jeśli myśleć o krwiożerczym tygrysie, ale trudny do zaakceptowania jeśli przypisać go 16-letniemu chłopcu, wcześniej wrażliwemu wegetarianinowi, szukającemu miłości. A cierpienie, o którym bohater często wspomina, to nie tylko fizyczne cierpienie głodu, pragnienia, spalenia słońcem, chorób skóry. To cierpienie, to zamach jaki bohater musi zrobić na swojej psychice aby przetrwać. To obserwacja nieludzkiego zachowania Francuza i obserwacja swojej nieludzkości wymuszonej tą relacją. Tygrys musiał się pojawić, wygrzebać z dna łodzi, po tym co uczyniła hiena. A jak już się pojawił, to trzeba go było z cierpieniem zasymilować do swojej tożsamości. I może stąd taki ból, kiedy znika na lądzie bez pożegnania, bo to tak jakby zniknęła część tożsamości bohatera. W nowej rzeczywistości już nie było potrzeby istnienia tygrysa, można było ukoić cierpienie studiami nad leniwcami trójpalczastymi (łagodnymi roślinożercami, których jedyną obroną jest asymilacja z otoczeniem).

      A co z Bogiem i duchowością w tej quasi-filozoficznej powieści?

      "-W obu wersjach statek tonie, cała moja rodzina ginie, a ja cierpię. (...) Więc proszę mi powiedzieć (...), którą panowie wolą? Która jest lepsza, ta ze zwierzętami czy ta bez zwierząt?

      -(...)Wersja ze zwierzętami jest lepsza.

      Pi Patel: - Dziękuję. I to samo jest z Bogiem."

      Może do tego samego Boga-Prawdy też prowadzą różne historie (religie), stąd trój-religijność bohatera? A może po prostu Bóg w swoim miłosierdziu też woli widzieć tę lepszą wersję człowieka, złagodzoną w opowieści ze zwierzętami? A odpowiedzi najlepiej szukać samemu czytając "Życie Pi" i nie redukować tej książki tylko do przygodowej opowieści o przetrwaniu na oceanie. No i obyśmy nigdy nie odnaleźli w sobie hieny ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „"Życie Pi" Yann Martel”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 lutego 2013 17:59
  • czwartek, 03 stycznia 2013
    • "Posty i tosty" Jan Bereza OSB, Ewa Awdziejczyk

      Ile osób myśli o tym ile przytyło przez świąteczny czas? Ile osób martwi się trudniej dopinającymi się spodniami? Tak, tak, dalej będę poruszać jedzeniowe tematy, choć tym razem nieco inaczej.

      O tej książce chciałam napisać trochę później, choć w ręce wpadła mi już jesienią tego roku, na wyprzedaży, po bardzo okazyjnej cenie. Miała czekać na opisanie na tym blogu do wiosny (na czas Wielkiego Postu), ale po świątecznym lenistwie i jedzeniowym rozpasaniu, postanowiłam właśnie teraz po nią sięgnąć. Nie jest to lektura dogoterapeuty (choć taką ma na tym blogu kategorię), ale może być jak najbardziej lekturą psychoterapeuty, jak i każdego, kto się odchudzał, odchudza, boryka z takimi, czy innymi problemami jedzeniowymi, lub szuka duchowych aspektów rezygnacji z określonych potraw. Książka zaskoczyła mnie od samego początku. Ma dwie części: jedną "Posty i tosty" napisaną przez benedyktyna, ojca Jana Berezę i drugą: "Tosty i posty" napisaną przez dziennikarkę Ewę Awdziejczyk. Nie będę ukrywać, że kupiłam ją ze względu na tę pierwszą część i od niej zaczęłam czytanie. Bo czymże stał się post w naszej kulturze? W religii katolickiej postów jak na lekarstwo (poza Wielkim Postem, ewentualnie czasem Adewntu i piątkowymi bezmięsnymi postami, typowymi dla Polski, brak znaczących okresów poszczenia), a poza tym post stracił chyba swoje duchowe znaczenie. Często się słyszy, że ktoś zrezygnuje z tego czy owego w danym okresie, niby z pobudek religijnych, a tak naprawdę z myślą o tym, że zrzuci się parę kilo. Pomieszały się we współczesnym świecie wartości i cele. "Tosty i Posty" ojca Berezy przypomną nam przede wszystkim o właściwym znaczeniu postu dla  religii (chrześcijaństwa, hinduizmu, buddyzmu, muzułmanizmu) czyli "abyśmy z sercem oczyszczonym i pełnym miłości mogli kontemplować Tego, który jest celem naszego ziemskiego pielgrzymowania". Możemy poznać zwyczaje postne i niepostne eremitów, mnichów na przestrzeni wieków, sekrety klasztornych kuchni, jak i znaczenie ramadanu i rodzaje postów w Indiach.

      Ta książka to też dokonała pożywka intelektualna dla niejedzących mięsa z powodów ideologicznych,  czyli ze sprzeciwu przed zabijaniem zwierząt. Autor niezwykle ciekawie opisuje zasadę niekrzywdzenia w buddyzmie, powołuje się na święte księgi hinduizmu, ale też pisze o wegetariańskich zwyczajach chrześcijańskich pustelników, dla których pokój ciała i duszy równoznaczny był z rezygnacją z jedzenia zwierząt. I dlatego też piszę o tej książce tu, w Psiej Terapii, bo odnalazłam w niej bardzo wiele bliskich mi treści związanych ze zwierzętami i ideami niezabijania.

      A jak przejdzie się przez część postną książki, to można ją obrócić do góry nogami i zacząć czytać drugą część, napisaną przez panią Ewę Awdziejczyk, czyli "Tosty i posty. Przewodnik dla zniechęconych odchudzaniem".  Autorka, mimo, że nie jest psychologiem, to bardzo wnikliwie przechodzi przez problemy osób wiecznie walczących ze swoją wagą, osób z zaburzeniami jedzenia, jak  i wyznaczników kulturowych naszych czasów, które często redukują wartość człowieka do rozmiaru 36, lub wymiarów 90-60-90. Wiele osób odchudzających się odnajdzie w tej części swój sposób patrzenia na diety i szukania wartości w życiu. Dla jasności, ta część nie jest poradnikiem psychologicznym, ale bardzo trafnie pokazuje współczesne mechanizmy napędzające mody na rozmaite diety i kult ciała. Autorka daje też wszystkim zrozpaczonym swoimi walkami z jedzeniem jedną radę, moim zdaniem bardzo trafną, na której opiera się też terapie osób z zaburzeniami jedzenia: wróćcie do właściwego znaczenia słowa dieta pochodzącego od greckiego diatia, czyli zdrowy sposób życia, a nie dieta jako odchudzanie, wieczny redukcjonizm.

      Jeżeli kogoś zainteresowałam podwójną książką, to możecie przeczytać jeszcze jej recenzję tu. A "Tosty i posty" polecam zwłaszcza tym, którzy robiąc sobie postanowienia noworoczne myśleli o kolejnym odchudzaniu ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „"Posty i tosty" Jan Bereza OSB, Ewa Awdziejczyk”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 stycznia 2013 09:48
  • poniedziałek, 02 lipca 2012
    • "Kupiliśmy Zoo" Beniamin Mee

      Nie jest to niezbędna lektura dogoterapeuty, ale może stać się lekturą na wakacje i dla miłośnika zwierząt wszelakich. Pod samym tytułem książka ma dopisek "Niesamowita, lecz prawdziwa historia podupadającego zoo i dwustu zwierząt, które na zawsze odmieniły pewną rodzinę". Brzmi nieźle i to zachęciło mnie do jej przeczytania. To co najlepsze w tej książce znajduje się na jej samym początku i końcu, czyli prolog, 1 rozdział i zakończenie. Nie będę ukrywać, że środek książki jest momentami nużący. A wszystko niestety za sprawą sposobu pisania autora. Książka jest napisania jak reportaż, albo poradnik dla potencjalnego nabywcy zoo. Bardzo dużo faktów, opisów zachowań, działań biznesowych. Sporo wtrąceń edukacyjnych na tematy zwierząt, teorii biofilii, leczenia raka mózgu. Niestety taki sposób pisania pozbawił ciekawą historię życia autora i jego rodziny dynamiki i kolorytu i trochę zniszczył tę opowieść. Czytając zastanawiałam się nad przyczynami takiego sposobu relacjonowania historii przez autora. Nie podejrzewam go o brak talentu pisarskiego, bo autorem jest  dziennikarz, felietonista, autor poradnika. Im bardziej zagłębiałam się w książkę, tym bardziej wydawało mi się, że jej styl pisania (oparcie na relacjonowaniu faktów, elementy edukacyjne) jest obroną przed emocjonalnym podejściem do bardzo trudnych w życiu autora lat. W 2005 roku zmarł ojciec autora, niewątpliwie ważna postać, co podkreśla zakończenie książki, rok później autor kupuje zoo w Dartmoor i tego samego roku umiera mu żona, chorująca na glejaka mózgu. Wydaje mi się, że książka powstała chyba zbyt wcześnie od tych wydarzeń i można ją było ja napisać takim relacyjno-faktograficznym językiem, który chronił przed emocjonalnością i powtórnym przeżywaniem niewątpliwie dramatycznych chwil w życiu autora. Ta książka napisana innym językiem, mogłaby być bardzo wzruszającą, dynamiczną, dowcipną historią (bo autor nie jest pozbawiony poczucia humoru, jak i dystansu do siebie) i niepowtarzalną, ale niestety w obecnym wydaniu taką  jest nie do końca.

      Znalazłam też niestety parę błędów i nieścisłości wynikających albo z tłumaczenia, albo błędów redakcyjnych (np. chemoterapia zamiast chemioterapii, czy raz podana data nabycia zoo na okładce jako 2004rok, a raz 2006r.).

      Sama opowieść i kilkuletnia historia życia autora jest niezwykła i warto się w nią zagłębić. Brytyjski dziennikarz, z żoną i dwojgiem dzieci przeprowadza się z Anglii na południe Francji. Tam remontuje stare stodoły, które stają się ich domem, zaprzyjaźnia się z mieszkańcami francuskiej wsi i zaczyna sielankowo żyć z rodziną, z psem, kotami, w pięknym otoczeniu. Tę sielankę zakłóca dramat choroby żony, u której wykryto glejaka mózgu. W 2004 roku, pojawia się też oferta kupna podupadającego zoo w Dartmoor, które dopiero w 2006 roku staje się własnością autora książki, jego żony, brata i matki. Książka opisuje etapy dochodzenia do kupna zoo, jego modyfikacje, postępującą chorobę żony, ucieczki dzikich zwierząt, zmagania się z biurokracją, wierzycielami, szczurami, brakiem pieniędzy, a także z obecnością ekipy filmującej te wydarzenia dla BBC2. 

      Dla kogo ta książka? Dla tych co potrafią uruchomić wyobraźnię i dopowiedzieć sobie emocjonalność tych wszystkich sytuacji, bo bez tego książka może być odebrana jako poradnik dla nabywców zoo. Dla mnie, jako psychologa-psychoterapeuty, mimo znużenia w czytaniu, stanowiła małe studium człowieka w obliczu ogromnych życiowych zmian, człowieka, który chciał pokazać jak wiele dla niego w trudnym momencie życiowym, znaczył świat przyrody i zwierząt. Ech, ciśnie się na zakończenie motto mojego bloga: "W dżungli życia, w życia buszu zawsze ci pomogą, cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon" (L.J.Kern)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 lipca 2012 13:28
  • wtorek, 05 czerwca 2012
    • "Szczeniak. Jak labrador ocalił chłopca z ADHD" Liam Creed

      Książkę dostałam w prezencie na Boże Narodzenie w 2011 roku. Popatrzyłam na tytuł, okładkę z przytulonymi głowami dziecka i psa i pomyślałam sobie, że jest to ckliwa historia rodziców o zbawiennym wpływie psa na dziecko. Tak przeleżała 5 miesięcy. I to był błąd!  Niedawno, z braku innych czytadeł sięgnęłam po nią i z wielkim zaciekawieniem i radością przeczytałam w 2 wieczory. "Szczeniak" Liama Creeda to fantastyczna opowieść nastolatka o swoim dojrzewaniu. Pozwala wejść w świat pierwszych pocałunków, rosnących wąsów i pragnień bycia kimś wyjątkowym.  Napisana jest młodzieżowym językiem, z dowcipem, ogromną szczerością i czasami wyciska łzę, choć absolutnie nie jest ckliwa. To, że od początku książki wiemy o czy ona będzie ("jak labrador ocalił chłopca z ADHD"), całkowicie nie przeszkadza wciągnięciu się w lekturę i zaciekawieniu każdą następną stroną.

      Liam Creed, nastolatek z ADHD opowiada o swoim dojrzewaniu i zmianach jakie zaczęły w nim zachodzić w chwili gdy mając 15 lat został wybrany jako przedstawiciel "trudnej młodzieży" do szkolenia psów dla niepełnosprawnych przez organizację Canine Partners. Jego opowieść, to historia nie tylko przyjaźni i szkolenia psa Aero, ale przede wszystkim opowieść o wpływie przyjaźni i akceptującego środowiska na rozwój impulsywnego nastolatka. Niepowtarzalne są opisy spostrzegania świata przez chłopca z ADHD: jego odbiór wspaniałej miłości matki, identyfikacji  z  cechami nadpobudliwego szczeniaka labradora, pierwszych przyjaźni w życiu  i odkrywania w sobie akceptacji do samego siebie.

      Książkę gorąco polecam nie tylko dogoterapeutom i miłośnikom psów, ale też wszystkim matkom, nastolatkom i utrudzonym własnym ADHD lub ADHD najbliższych. W tej chwili czyta ją mój 15 letni syn :) A pozostałym czytelnikom życzę za autorem "No to miłego czytania".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 czerwca 2012 11:03

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

tekst alternatywny

Szczypta Świata - produkty Fair Trade, yerba mate, muzyka Putumayo, chusty do noszenia dzieci, biżuteria etniczna Psy, rasy psów, pies w hodowli, psy rasowe, wszystko o psach PustaMiska - akcja charytatywna

Opcje Bloxa