Psia Terapia

W dżungli życia,w życia buszu zawsze Ci pomogą cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon . L.J.Kern

Wpisy

  • wtorek, 20 sierpnia 2013
    • Kika w kraju jaszczurek i owiec

      Nie wiemy co działo się z Kiką w czasach przed-schroniskowych, ale to pewnie jej pierwsza podróż za granicę. Zaczipowana już była, wystarczyło tylko kupić u weterynarza paszport i na dzień przed podróżą odrobaczyć Kikę (szczepienie przeciw wściekliźnie też ważne jeszcze było). A potem już tylko jazda... Wybór padł na nią (nie Terego), dlatego, że cel podróży to kraj ciepły i daleki, a Kika lubi i jazdę samochodem i wylegiwanie się w słońcu. I kiedy Teri odwiedzał przydomowy park z babcią, to ona leżała sobie pod oliwką wsłuchując się w beczenie owiec. Bo to takie wakacje były. Ciepłe, leniwe, bliskie natury, ze stworami, które nie pojawiają się w naszym życiu na co dzień.

      Owce. Trzy przewodniczki stada z dzwoneczkami i całe wielkie stado białych owiec z długimi ogonami, beczącymi kwadrofonicznie (owce beczały, nie ogony). No i oczywiście jedna czarna owca, bo czarna owca w stadzie być zawsze musi ;) Gdybyśmy nie zamykali drewnianej furtki, pasły by się w naszym ogrodzie. A tak odwiedzały go tylko rankiem, a potem wędrowały po okolicznych, malowniczych wzgórzach. W południe zapadały w stan letargu pod drzewem i wąchały chłodniejszą? ziemię pod drzewem, stojąc nieruchomo. Kika z owcami w zasadzie żyła w zgodzie. Raz oszczekała je gdy przyszły pod nasz płot, na co owce odpowiedziały jej wzmożonym beczeniem oburzenia za takie ich potraktowanie. A potem jakoś owce omijały Kikę siedzącą w ogrodzie, a Kika nie wychodziła z domu (bo czasem dobrze pospać w fotelu), kiedy owce przychodziły pod płot. Owce były też moją fascynacją. Podchodziły ciekawe kiedy wychodziło się za furtkę na ich teren. Nie wiedzieliśmy jak je czasem przywołać, więc eksperymentalnie robiliśmy "bee" coś na wzór Luisa de Funes z jednego z filmów o Żandarmie z Saint Tropes. W końcu "bee" wydawało nam się najbliższe dialektowi owczemu. I owce podchodziły na to nasze "bee". A potem usłyszałam jak je Włosi przeganiają krzycząc: "sio, sio, sio prrrrrr". Niemniej pozostaliśmy przy naszym "bee" :)

      Jaszczurki. Takie podobne do naszej zwinki i inne wyglądające jak gekony. Chodziły po murach domu, wchodziły do środka. Regularnie spotykałam małego gekona siedzącego nad wejściem do domu, ale wcale nie od strony zewnętrznej, tylko w środku, w kuchni. Zwinki biegały przy kamiennych tarasach, misach z kwiatami. Kika patrzyła na nie zadziwiona, bo nie wiadomo co z takim stworem zrobić? Zjeść się nie da, bo biegnie za szybko, zaprzyjaźnić też nie bardzo z tego samego powodu (tzn. tego szybkiego przemieszczania się, i to w poziomie jak i w pionie). Patrząc na "naszego" kuchennego gekona myślałam o tych gekonach hodowlanych w terrariach w dalekiej, zimnej Polsce. I jakież ubogie wydawało mi się ich życie, w porównaniu z wolnością toskańskiego gekona biegającego po murach kamiennego domu.

      Owady. Oczywiście cykady. W dzień wrzeszczące swoje "cyk, cyk cyk" na piniach, oliwkach i cedrach, a w nocy przechodząc z "cyk, cyk" na "bziiii", coś jak piszczący czajnik, albo setka dzwoneczków przyczepianych do zabawek dla dzieci na Boże Narodzenie. Odwiedziliśmy też piniowy las, gdzie natężenie tego "cyk, cyk" było aż nieznośne. Nie wiem jak ludzie mieszkający w okolicy mogą znosić tyle decybeli nieustannego jazgotu cykad...  Ale poza cykadami, były też i inne koniki polne, wielkie, uciekające spod nóg, kiedy się chodziło po trawie.

      Żuki- kolejna owadzia kategoria toskańskich mieszkańców. Takie, które u nas rzadko się spotyka, a tam chodziły sobie zwyczajnie po ogrodzie.

      No i pająki. Nie wzbudzały strachu, choć respekt i owszem.

      Tak, tak, takie to były wakacje w Maremmie, południowym rejonie Toskanii. Dla Kiki nowy kamienny dom, gaj oliwkowy, po którym mogła do woli biegać, duży zamknięty ogród z przepięknym widokiem. Z wrażenia Kika przestała szczekać na tydzień, mimo, że wieczorami odzywały się okoliczne, wiejskie, włoskie Burki. Ostatnie jej "hau" usłyszeliśmy na postoju w Austrii, kiedy oszczekała sztuczną krowę z cielakiem :) A może nie znała psiego dialektu włoskiego?  Dopiero po tygodniu odezwała się do okolicznego jamnikopodbnego Burka, który próbował ją odwiedzić. Oszczekała też coraz bardziej zaciekawione naszą obecnością owce. No bo jak tu szczekać, kiedy na dworze 30 stopni, cykady wrzeszczą, a pańcia z panem karmią pyszną, włoską wołowiną z Maremmy?

      Ale Toskania to przede wszystkim koty, ale o kotach i stosunku Toskańczyków do psów, to w następnym wpisie będzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kika w kraju jaszczurek i owiec”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 sierpnia 2013 17:13
  • niedziela, 28 lipca 2013
  • poniedziałek, 22 lipca 2013
    • Pióra

      Wakacje na działce. Psy leżą, łapią komary i muchy. My spacerujemy po lasach, łąkach i ogrodzie. Szukamy skarbów. A skarby leżą na wierzchu. Im mniej ukryte, tym cenniejsze. Wielkie szyszki z sosny żółtej, strąki glediczji, wylinka zaskrońca. A czasem trafi się prawdziwy rarytas. Znalazła je Kaśka, pod wielkim tulipanowcem - pióra. Tak w ogóle to piór na naszym działkowym terenie bez liku, zazwyczaj sójki, sroki, czasem bażanta, bywają dzięcioła zielonosiwego. Ale te ostatnio znalezione pióra to Kaśki skarb. Próbujemy je oznaczyć i wiemy, że to drapieżnik, chyba sowa, tylko jaka? Wyobrażamy sobie, że śnieżna, lub jarzębata, bo na takie dokładnie wyglądają (zwłaszcza sowy śnieżnej), ale wiemy, że te sowy bardzo rzadko bywają w Polsce. Może to jednak bardziej pospolity jastrząb lub krogulec? Jest więc pierzasty skarb i marzenia, że może jednak przybłąkała się do nas jakaś zagubiona biała sowa? Albo uciekła z Nowego Zoo w Poznaniu? ;) Na wszelki wypadek wybierzemy się do zoo sprawdzić, czy jest jeszcze w klatce, a może uda się przy okazji porównać nasze pióra z piórami zoologicznych sów. A na razie mamy piękny wakacyjny skarb i marzenia...

      Większe pióro ma około 8 cm.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 lipca 2013 19:27
  • czwartek, 11 lipca 2013
    • Czyńmy świat lepszym

      Oj, znowu mi się nazbierało... Atakują mnie obrazki i teksty o uboju rytualnym, zwłaszcza przedstawiające cierpienie i przerażenie zabijanych zwierząt, ale też złość i obawy ludzi, którzy boją się stracić pracę, jeśli sejm zabroni uboju. Atakują mnie wrzeszczące w zoo przed wybiegiem dla zwierząt dzieci z wycieczki i towarzyszące im błogie uśmiechy opiekunek. Atakuje mnie relatywizm niektórych posłów, którzy potrafią z jednej strony opierać się o wartości chrześcijańskie, a z drugiej przyklaskiwać zabijaniu. Atakują mnie rocznice bratobójstwa na Wołyniu, w Jedwabnem, w Srebrenicy.

       Immanuel Kant w "Metafizyce moralności" szuka sposobu na zmniejszenie okrucieństwa ludzkiego i utraty człowieczeństwa "(...) powstrzymywanie się od traktowania zwierzą (...) w sposób gwałtowny i okrutny wydaje się jeszcze bardziej wskazane dla człowieka, jeśli rzeczywiście chce on uszanować obowiązek wobec samego siebie: bo czyny takie osłabiają w człowieku odruch współczucia dla istot cierpiących, naruszając przez to, a z czasem zgoła rujnując tę wielce użyteczną dla moralnych więzi międzyludzkich podwalinę."  Wiele w psychologii napisano na temat agresji. Szukano jej przyczyn od biologicznych podstaw (np. zmniejszona ilość serotoniny w płynie mózgowo-rdzeniowym), przez psychologów społecznych (którzy widzieli ją jako reakcje na frustrację, reakcje wyuczoną przez naśladowanie, lub instrumentalne zachowanie, które pozwalało osiągnąć cel), aż do psychoanalityków, którzy jak np. Freud upatrywał popędu śmierci (tanatos) w naturze ludzkiej.

      Przyglądam się ludzkim motywacjom. Staram się nie oceniać, tylko zrozumieć. W terapii czasem zmienić, pokazać, że można inaczej. Im więcej skupienia na rzekomej swojej wartości, dbałości o swoje imię, dążenia do swoich celów, idei i korzyści, tym mniej empatii i patrzenia na inne stworzenia (czytaj ludzi i zwierzęta) jako inne równie ważne podmioty, mające swoje pragnienia, a czasem i swoje uwikłania. Im większe nadajemy sobie znaczenie, to co się nam należy i to nad czym możemy mieć władzę, tym okrutniejsi potrafimy być w swoich dążeniach, zarówno do zwierząt, jak i ludzi i to często najbliższych. Im ważniejsi i bardziej omnipotentni się czujemy, tym bardziej panoszymy się w cudzym świecie, świecie innych narodów, jak i świecie przyrody. Bo znacznie trudniej jest spojrzeć nie na to co ja chcę, tylko na to co moje zachowanie może zrobić drugiemu, czym ono dla niego będzie? Brniemy przez świat, w którym często ludzie przeżywają relacje tylko na zasadzie bycia katem lub ofiarą, albo panem i podwładnym. I tak wchodząc do zoo, lub do lasu ci "panoszący się" zachowują się nie jak goście, tylko jakby wszystko im wolno było, bez szacunku do zwierząt,  których jest to dom. I tak czując się ponad zwierzętami, traktują je nie jak ich opiekunowie, tylko jak ktoś kto może je dowolnie wykorzystać. I tak, traktując innych ludzi jako gorszych, może zrobić z nimi wszystko, łącznie z pozbawieniem ich życia. I tak tam gdzie własne pragnienie zysku i konsumpcja, tam brak miejsca na myślenie o krzywdzie innych stworzeń. Bo tam gdzie kat i ofiara, nie ma miejsca na opiekuńczość, empatię, współczucie, miłość.

      Nie wiem co jutro zadecyduje  sejm w sprawie uboju rytualnego. Sporo nacisków ze wszystkich stron.  Mogę jedynie mieć nadzieję, że większość stanie po stronie najwyższych, dobrych wartości, a nie narcystycznych obaw, że będziemy "głupkami Europy" (zgodnie z myśleniem, że jeśli w  wielu krajach dopuszczony jest ubój rytualny, to dlaczego mamy być gorsi).

      Wiem, że w naszym małym świecie, często ograniczonym do domu i pracy sami możemy czynić świat lepszym, patrząc nie wciąż na siebie i swoją domniemaną krzywdę, tylko na relacje z innymi (ludźmi i zwierzętami) z szacunkiem, ciekawością, sympatią i współczuciem. Mamy w końcu rozum i możliwość wyboru między swoimi motywacjami. Bo w konsekwencji, lepiej chyba powtórzyć za Matką Teresą z Kalkuty: "Wolę popełnić pomyłkę, ponieważ jestem zbyt dobra, niż dokonywać cudów bez odrobiny dobroci".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Czyńmy świat lepszym”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 lipca 2013 12:36
  • sobota, 06 lipca 2013
    • 3 pokolenie, czyli o rzeźni, weterynarzach i wyborach

      Dawno temu, tuż po II wojnie światowej w pewnym wielkopolskim mieście szukano weterynarza, aby zajął się badaniem mięsa w starej rzeźni, w której wcześniej prosperowali Niemcy. Tym weterynarzem został mój dziadek. Zamieszkał wraz z rodziną w jednym z domów przy rozległych terenach należących do rzeźni. Można powiedzieć, że przy rzeźni upłynęło dzieciństwo mojego ojca i nie pamiętam z jego opowieści jakichkolwiek traumatycznych wspomnień związanych z miejscem zamieszkania. Przeciwnie, wspominał dwa teriery, bardzo do Kiki podobne, które  z nim mieszkały, a potem ich potomstwo, króliki które niby były hodowane na mięso, ale nikt nie miał serca ich zabić, więc też mnożyły się na potęgę, a potem były rozdawane sąsiadom i ślad ręki, oraz inicjały, które odcisnął na świeżym tynku przy oknie gdzie miał pokój. Kiedy przejeżdżałam obok tych budynków wiedziałam gdzie patrzeć, aby ten ślad widzieć.

      Jak to ze starymi, poniemieckimi budynkami bywa, po rzeźni i przyległych do niej domach, dziś nic już prawie nie zostało, poza fragmentem zabytkowej wieży, która została wkomponowana w nowoczesną bryłę brzydkiego supermarketu. Zostało też zainteresowanie weterynarią, które przeszło na jednego z synów, brata mojego ojca. Losy rzuciły go w zupełnie inną część Polski, gdzie również zajmował się "wielkim zwierzem", czyli końmi, krowami, owcami, świniami, w okolicznych gospodarstwach rolnych.

      Nastolatek nie znał zupełnie pradziadka, a wujka-dziadka też nie pamięta. Niedawno stanęliśmy przed wyborem dalszej, ponadgimnazjalnej edukacji Nastolatka i pojawił się dylemat: liceum, czy technikum, a jak technikum, albo liceum to jaki profil? Humanistą się Nastolatek nie czuł (choć to błąd bo matka, czytać autorka tekstu, twierdzi, że Nastolatek jakiś dryg literacki ma i zacięcie do czytania), matematyk  z Nastolatka średni ( a szkoda, bo informatyk niezły, ale bez matematyki, to w przyszłości o politechnice może zapomnieć), pozostała... przyroda (to po mamie i tatusiu :) Ostatecznie problem wyboru dalszej szkoły rozwiązał w lutym sam system oświatowo-edukacyjny, zezwalając na otworzenie w Poznaniu, po raz pierwszy w tym roku, nowego kierunku: technika weterynarii. Nastolatek nie zastanawiał się więc wiele tylko wystartował do owej placówki, licząc, że przebije się przez prawie 80 osób chętnych i zostanie przyjęty na nowy kierunek. No i udało mu się. Ale czy będzie z tego trzeci weterynarz w rodzinie, to się dopiero okaże... życie bywa "zakręcone", a zwłaszcza nastolatki ;)

      A dlaczego o tym w Psiej Terapii? Bo myślę sobie, że jednak na ten wybór nie miały wpływu zawodowe tradycje rodzinne, tylko nasz stosunek do zwierząt, a zwłaszcza nasze psy i inne zwierzaki, które przewinęły się przez Nastolatka życie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „ 3 pokolenie, czyli o rzeźni, weterynarzach i wyborach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      sobota, 06 lipca 2013 18:13

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

tekst alternatywny

Szczypta Świata - produkty Fair Trade, yerba mate, muzyka Putumayo, chusty do noszenia dzieci, biżuteria etniczna Psy, rasy psów, pies w hodowli, psy rasowe, wszystko o psach PustaMiska - akcja charytatywna

Opcje Bloxa