Psia Terapia

W dżungli życia,w życia buszu zawsze Ci pomogą cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon . L.J.Kern

Wpisy

  • czwartek, 28 lutego 2013
    • Kuśtykamy

      Prawa noga, lewa noga, spacerowo snuję się ja, a dwa metry za mną kuśtyka Teri. Prawa łapa, lewa łapa, dobrze, że choć tylne się słuchają i idą sprawnie. Stop, jakiś zapach, stoimy, stoimy, stoimy... Kuśtykać nie trzeba. Nędza. Głowa pochylona, przednie łapy łamią się pod ciężarem przecież wcale nieutuczonego, włochatego ciała. Wydawało się, że Teri kuleje na przednią prawą łapę, teraz kuleje chyba na lewą, a może i na obie? Pani wet nie dopatrzyła się zranień, ciał obcych, czy innych paskudztw, więc jesteśmy na etapie diagnozy, podawania leków na wzmocnienie i czeka nas jeszcze prześwietlenie (chyba obu łap). A wizyty u państwa wetów dodatkowo rozkładają wcześniej pięknego psa, który ze stresu prezentuje się jak jedna wielka nędza i pokraka, trzęsąca się, ze spuszczonym ogonem, bez kontaktu. Teri nigdy nie pałał miłością do gabinetów weterynarzy, niezależnie od miejsca. Staje się odzwierciedleniem ofiary, nawet jeśli idziemy tylko po leki na odrobaczanie. Teraz o dawnym Terim przypominają tylko spacerowe chwile, kiedy zwietrzy coś z powietrza i zatrzyma się w postawie wystawowej (z głową do góry i prostym ogonem), łapiąc tajemniczy zapach. A, że chodzimy starymi trasami, to ja mimo, że nic nie czuję jakbym wiedziała co łapie (tak, Teri tu mieszkają koty...) Tylko teraz, przy kuśtykaniu te trasy zmniejszyły się o połowę, bo choć chęci do spacerowania pies ma wielkie, to możliwości mniejsze. I choć wszystko odbywa się jak dawniej, to jednak jest inaczej. Kije przynoszone ze spacerów do domu nie mają już 1,5 metra tylko 0,5. Trasa, która wcześniej zajmowała nam 30 minut szybkiego marszu, teraz przeciąga się do godziny. Tylko ogon, po dawnemu kręci się w kółko, na widok znajomych osób, lub przyjaznych Burków.

      Psy zazwyczaj cierpią w milczeniu. Wiem, że go coś boli, choć nawet dotykowo ciężko zlokalizować w którym miejscu, bo nie piszczy, nie daje poznać po sobie, że to właśnie to miejsce. I najtrudniej mi właśnie przeżywać zwierzęcy i dziecięcy ból. Taki, kiedy nie da się jasno powiedzieć co boli, jak boli i po co boli.

      A takie bóle czekają nas pewnie coraz częściej, bo starzeją mi się futrzaki i powoli przyjdzie czas na oswajanie dzieci i siebie z opieką nad starymi i chorymi psami...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kuśtykamy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2013 10:28
  • poniedziałek, 25 lutego 2013
    • O ośle

      Miało być o bałwanach, które piękne zawitały wieczorową porą w sobotę, do  ośnieżonego parku. Ale nocą bałwany popłynęły do krainy wiecznej zimy, w parku nastała plucha (czyt. odwilż) i nawet zdjęć na porannym spacerze nie było czemu robić. A bałwany były psie: jeden ogromny, troszkę do sfinksa podobny, drugi bardziej naturalistyczny pies (to dzieło mojej Kasi), pojawił się też zając i wieeelkie serce. To pewnie tego pana, który je lepił wraz z rodziną.

      Poza tym połowa rodziny i dalszej familii, która nieopatrznie nas odwiedziła, została uziemiona (czyt. ułóżkowiona) przez nieznaną zarazę, którą Julka przywlekła ze szkoły (uchowałam się tylko ja-Matka Polka- podająca herbaty, chodząca do apteki, do pracy, po zakupy i z psami na spacer, Kaśka i Nastolatek). Teri kuleje z nieznanych powodów (nic nie ma w łapie, więc pewnie jakaś kontuzja, albo wiek, niemniej czeka go wizyta u pana weta). Kika jeszcze w formie...

      A o ośle to cytat, który mi został w pamięci po wczorajszej lekturze "Mądrości Toskanii" Ferenc'a Mate (swoją drogą dobra książka):

      "Kiedy zapytałem Paolucciego, jak zmieniło się jego życie podczas recesji i kryzysu naftowego w latach siedemdziesiątych, wzruszył tylko ramionami.

      - Rzeczywiście, było coś takiego. Zamiast traktora do ciągnięcia wozu z drewnem opałowym znad strumienia zaprzągłem osiołka. I wiesz co? To nawet zaoszczędziło mi wtedy trochę czasu. Kiedy gwizdałem, to osiołek przychodził jak na zawołanie, a ten głupi ciągnik stał w miejscu, musiałem sam się do niego fatygować."

      Zdrowia życzę wszystkim chorującym, a pozostałym, aby nie pokładali zbytniej ufności w nowościach materialnych, tylko zaufali tradycji i bliskości z ludźmi i zwierzętami :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „O ośle”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lutego 2013 11:23
  • wtorek, 19 lutego 2013
    • "Życie Pi" Yann Martel

      Zastanawiałam się czy pisać o tej książce. Mam poczucie, że większość osób i tak już widziała film, jeśli nie czytała wcześniej, lub później książki, na podstawie której został on zrobiony. Filmu nie widziałam, książkę czytałam i poczytałam też sobie kilka recenzji (zwłaszcza filmowych). I cóż...? Można zatrzymać się na jednoznacznym i dosłownym widzeniu tej historii i być może sporej grupie osób to wystarcza. Wygląda na to, że przez pewnego rodzaju zaskoczenie w ostatniej części książki i niepewność, cała opowieść nabiera mocno projekcyjnego charakteru, jedni znajdą w niej pragnienie wytrwania i siłę bohatera w walce z żywiołem i tygrysem, inni miłość do Boga, która umożliwia przejście ciężkich chwil, a jeszcze inni...? No właśnie, chciałabym napisać o tej powieści jako ten jeszcze inny, troszkę popsychologizować i troszkę poszukać w niej czegoś więcej niż bajkowej opowieści o ocalałym rozbitku płynącym na tratwie z tygrysem.

      Książka ma trzy części: pierwszą, długą, opisującą dzieciństwo głównego bohatera Pi Patela, wychowującego się z bratem i rodzicami w zoo, które prowadził jego ojciec. Dzieciństwo, w którym głównie skupia się na opisywaniu zwyczajów zwierząt, ich praw, funkcjonowania w zoo, a jednocześnie dzieciństwo, w którym przez nadane mu imię (Piscine, na cześć basenu) staje się pośmiewiskiem dla rówieśników i przedmiotem drwin. Do czasu aż nie odkrywa skróconej wersji swojego imienia, a jednocześnie symbolicznie nieskończonej wersji, czyli Pi.  Wtedy też opis dzieciństwa przesuwa się w kierunku duchowych poszukiwań i odkrycia Boga -Miłości w trzech religiach: chrześcijaństwie, muzułmanizmie i hinduizmie. Dla bohatera ta sama miłość, tylko w trzech różnych wyznaniach, w różnych formach kultu, miłość w postaci Boga- władcy, jak i w postaci Boga- cierpiącego z miłości do ludzi Chrystusa.

      Wiem, że dla wielu osób czytających książkę ta część bywa najbardziej nużąca, dla mnie również była częścią niestety najnudniejszą, której sens zaczęłam odkrywać dopiero na końcu książki. Opisy duchowych poszukiwań bohatera momentami wydawały mi się groteskowe i czasem bardzo powierzchowne (choć być może to efekt, że równolegle z "Życiem Pi" czytałam życiorys i dzieła św. Katarzyny ;)  a zwyczaje zwierząt, które opisywał, owszem ciekawe, choć oparte głównie na teorii dominacji osobników i zaznaczaniu osobniczego terytorium. W tej części, są też krótkie rozdziały ze spotkań autora i bohatera, mającego już koło 40lat. Sens tej części dostrzegłam niestety dopiero po przeczytaniu całej książki. Dla mnie stała się ona jakby jednym wymiarem (ego) bohatera: wrażliwego chłopaka, momentami wchodzącego w rolę kozła ofiarnego w relacjach społecznych, szukającego miłości i zdecydowanie wyalienowanego od życia rówieśników. To jakby jeden wizerunek Piscine'a, jeden jego sposób odbioru.

      Część druga, to katastrofa  statku, którym rodzina Pi, wraz ze zwierzętami, płynęła do Kanady. A potem opowieść o przetrwaniu 16-letniego bohatera przez 7 miesięcy, na pokładzie łodzi ratunkowej i tratwy, wraz z tygrysem. Pierwszy wizerunek Pi dojrzewa, mężnieje, przewartościowuje w obliczu głodu swój wegetarianizm i zabijanie zwierząt morskich, wiara w Boga daje przetrwanie w cierpieniu. W rezultacie sprawia wrażenie silniejszego osobnika w stadzie on  versus tygrys, podporządkowując go sobie przy pomocy gwizdka, znajomości zwyczajów zwierząt i słabości tygrysa (chorobie morskiej).  Początkowo Pi płynie jeszcze z 3 innymi zwierzętami (hieną, orangutanicą i zebrą ze złamaną nogą), ale w końcu zostaje sam z tygrysem. I wszystko wydaje się tak dosłowne w tej opowieści do momentu, w którym w stanie skrajnego wycieńczenia, oślepły, spotyka innego rozbitka, również ślepego Francuza. Dziwna rozmowa, w której Pi początkowo myśli, że rozmawia z tygrysem, a nie człowiekiem i zakończenie spotkania morderstwem. W tej opowieści to tygrys zabija Francuza, który zaczął podduszać Piscine'a. I można by nawet przejść dalej wierząc tylko w tę wersję, gdyby nie część trzecia.

      Najkrótsza, nadająca powieści wymiar filozoficzny, alegoryczny. Spotkanie ocalonego Piscine'a z komisją mającą ustalić przyczyny wypadku i pojawienie się... drugiej wersji opowieści. Opowieści, w której nie ma zwierząt, ale są ludzie, 4 rozbitków: Pi z matką, młody marynarz z połamaną nogą i kucharz Francuz. I tu można zacząć się zastanawiać, czy tygrys był w rzeczywistości, czy też tygrys to nie alter ego samego Pi? Dla mnie ta druga opowieść to jakby drugi wizerunek Piscina, właśnie takie alter ego. Taki wizerunek, który był do przyjęcia jeśli myśleć o krwiożerczym tygrysie, ale trudny do zaakceptowania jeśli przypisać go 16-letniemu chłopcu, wcześniej wrażliwemu wegetarianinowi, szukającemu miłości. A cierpienie, o którym bohater często wspomina, to nie tylko fizyczne cierpienie głodu, pragnienia, spalenia słońcem, chorób skóry. To cierpienie, to zamach jaki bohater musi zrobić na swojej psychice aby przetrwać. To obserwacja nieludzkiego zachowania Francuza i obserwacja swojej nieludzkości wymuszonej tą relacją. Tygrys musiał się pojawić, wygrzebać z dna łodzi, po tym co uczyniła hiena. A jak już się pojawił, to trzeba go było z cierpieniem zasymilować do swojej tożsamości. I może stąd taki ból, kiedy znika na lądzie bez pożegnania, bo to tak jakby zniknęła część tożsamości bohatera. W nowej rzeczywistości już nie było potrzeby istnienia tygrysa, można było ukoić cierpienie studiami nad leniwcami trójpalczastymi (łagodnymi roślinożercami, których jedyną obroną jest asymilacja z otoczeniem).

      A co z Bogiem i duchowością w tej quasi-filozoficznej powieści?

      "-W obu wersjach statek tonie, cała moja rodzina ginie, a ja cierpię. (...) Więc proszę mi powiedzieć (...), którą panowie wolą? Która jest lepsza, ta ze zwierzętami czy ta bez zwierząt?

      -(...)Wersja ze zwierzętami jest lepsza.

      Pi Patel: - Dziękuję. I to samo jest z Bogiem."

      Może do tego samego Boga-Prawdy też prowadzą różne historie (religie), stąd trój-religijność bohatera? A może po prostu Bóg w swoim miłosierdziu też woli widzieć tę lepszą wersję człowieka, złagodzoną w opowieści ze zwierzętami? A odpowiedzi najlepiej szukać samemu czytając "Życie Pi" i nie redukować tej książki tylko do przygodowej opowieści o przetrwaniu na oceanie. No i obyśmy nigdy nie odnaleźli w sobie hieny ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „"Życie Pi" Yann Martel”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 lutego 2013 17:59
  • sobota, 16 lutego 2013
    • O konkurencji

      Psy pewnie nie będą zachwycone tym wpisem, ale co tam, blog jest mój nie psi! A wszystko za sprawą... kota i to rudego!

      W tym roku po raz pierwszy zdecydowałam się wystartować w konkursie na Bloga Roku 2012 i jak wiedzą ci co śledzą Psią Terapię wylądowaliśmy na 79 pozycji w II etapie (w kategorii "Ja i moje życie"). Za wszystkie głosy baaardzo dziękuję. Niestety śledzenie  etapu głosowania umknęło mi z powodu odcięcia netu ( o czym pisałam), ale i tak najważniejsze jest to, że czytelnicy głosowali, zostali, a nawet nowi zaczęli zaglądać, czyli cel promocyjny zrealizowany :) A teraz konkurs wszedł w etap rozstrzygający, czyli szacowne jury nominuje zwycięskie blogi w poszczególnych kategoriach.

      Nie będę ukrywać, że moi faworyci odpadli w II etapie, ale tym bardziej pora ich troszkę wypromować i o nich wspomnieć. W Kategorii "Ja i moje życie" (czyli w bezpośredniej konkurencji) stawiałam zdecydowanie na matki: jedną Królową, a drugą Kurę. Dla mnie najlepsze przedstawicielki pisania (i rysowania) matczynego życia: z humorem, dystansem do siebie i do użerania się z matczyną rzeczywistością,  jak i z zachwytami i rozczuleniem nad ową rzeczywistością. Niestety i Kura, i Królowa odpadły w II etapie, ale pozostała Matka Sanepid, też bardzo dobra reprezentantka  kategorii "Ja i moje życie" i to mój obecny faworyt. Niedługo zobaczymy co zadecyduje Marek Kamiński juror tej kategorii.

      Ale jest jeszcze druga, bliska mi kategoria konkursu "Pasje i zainteresowania". Tu głosowałam oczywiście na Wronę, za miłość do zwierzaków, dowcipne pisanie o swoim zwierzyńcu i wielkie serce w pomocy psiej i kociej biedzie. Wrona z całkiem niezłym rezultatem (prawie 50 głosów) też niestety odpadła, ale pozostał jeszcze jeden blog, który jest moim obecnie faworytem, czyli Rudomi. Dla jasności moje psy nie są nim zachwycone, bo kto to widział aby o kotach tylko pisać i pewnie wolą blogi konkurencji, zwłaszcza o bieganiu, ale ja stawiam na koty, ich przepiękne zdjęcia i kocie historie! Choć muszę przyznać, że e-kundelek jest również bardzo interesujący. Cieszy mnie też to, że w tej kategorii w czołówce, niestety poza nominacją jurorki, znalazło się sporo blogów zwierzęcych, na które głosowali czytelnicy (np. Konik Polski, Psi Anioł).

      No i jeszcze kategoria "Firmowe i profesjonalnie", moim zdaniem, żaden z nominowanych blogów nie doścignie bloga Ojca Leona (zwycięzca z 2011roku), choć pierwszeństwo w tym roku daję Przedszkolu nr 48 w Zabrzu. Nie miałabym nic przeciwko, jeśli przedszkole moich dzieci miałoby podobną stronę i pełne zaangażowania wychowawczynie, czyli tak coś więcej niż wymaga minimum programu edukacyjnego i praca zarobkowa przedszkolanki.

      A wyniki konkursu już niedługo (28 lutego), a pozostałych nominowanych można zobaczyć tu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „O konkurencji”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      sobota, 16 lutego 2013 12:20
  • czwartek, 14 lutego 2013
    • O miłości

      Było już kiedyś "O wychowaniu", a dzień św. Walentego jest dobrą okazją do napisania tekstu o... miłości.  Bo chyba niejeden z miłośników zwierząt zastanawiał się jak to jest z tą miłością do zwierząt: że nie wszyscy o zwierzęta dbają, że czasem ci co deklarują obronę praw ludzkich mają w nosie los zwierząt i odwrotnie, że są też tacy co nie  potrafią kochać ludzi i zastępują to dziwną miłością do zwierząt. Więc jak to z tą  miłością jest?

      Obserwuję, że bardzo często ludzie zastępują sobie miłość do ludzi, kochaniem zwierząt. Bo ludzi kochać czasem ciężko, a na zwierzę można projektować bardzo wiele, bo mniej się buntuje, nie powie co myśli, jest  zależne od miski, spaceru i pielęgnacji od właściciela, słodko patrzy w oczy, siada na kolanach i podstawia grzbiet do głaskania.  I tak zaczyna się antropomorfizowanie stwora, wkładanie mu do głowy ludzkich uczuć i intencji. Jak zwierzak jest potulny, to wtedy jest cudowny, kochany, jedyny, najlepszy, taki który zawsze kocha i uwielbia pańcię lub pana i zazwyczaj w wyobrażeniu takiej pańci, lub takiego pana, jedyny, który tak mocno ich kocha. A jak stwór zacznie się buntować przeciwko takiej miłości właściciela, to jest złośliwy, wyrachowany, niegodziwy i nie wiadomo co jeszcze, można mu przypisać z ludzkich emocji...  I wcale to nie jest mądre kochanie, zarówno to idealizujące zwierzę, jak i to dewaluujące je. Bo to kochanie nie ma nic wspólnego ze zrozumieniem posiadanego stwora, zrozumieniem jego potrzeb, cech zwierzęcych, czy komunikacji. Zrozumieniem tego, że w inny niż ludzie sposób, odbiera świat. Że ma instynkty, że czuje, że się boi i czasem ze strachu gryzie, że broni terytorium, ucieka bo świat zewnętrzny jest ciekawszy w danym momencie niż pan i pańcia, że myśli jak zwierzę, a nie człowiek, więc nie ma sensu przypisywać mu ludzkich intencji. Często też takiej miłości do zwierząt towarzyszy trudność w kochaniu ludzi, a nawet patrzenie na ludzi przez pryzmat negatywnych wyobrażeń. Łatwo wówczas oskarżać innych o złe intencje, brak uwagi, niezrozumienie, czy głupotę, mimo, że ktoś inny te same intencje i zachowania zinterpretuje inaczej.

      Jest też jeszcze inna postawa, tzn. obrona praw zwierzęcych, działanie na ich korzyść, a przy tym spora dawka agresji do ludzi, zwłaszcza takich, którzy ośmielają się łagodzić tę walkę na rzecz zwierząt, lub mieć inny pogląd. Mimo, że popieram często daną ideę i obronę jakiejś zwierzęcej sprawy, to niestety zniechęcają mnie takie postawy, które nie są w stanie tolerować odmienności, lub agresywnie wytykać czyjeś domniemane błędy.

      Trzeba też wspomnieć o drugiej stronie medalu, czyli o tych  co walczą o ludzkie prawa, ale przy tym agresywnie odnoszą się do tych co bronią praw zwierząt. Dla mnie niestety taka postawa, też niewiele ma do czynienia z miłością, nawet do ludzi, tylko raczej z walką o ideologie, a nie miłość.

      Więc jak kochać  w tym dniu Walentego i w dniach kolejnych życia? Przede wszystkim kochać ludzi, a jak się dobrze kocha człowieka, to i do zwierząt ma się serce. Patrzeć na człowieka nie tylko na to co pokazuje zewnętrznie. Bo ta fasada często jest obroną i za czymś co może nam się wydawać mało przyjemne (wyniosłość, szorstkość, skupianie na sobie uwagi, itp.), kryje się czyjś wewnętrzny dramat: lęki przed oceną, negatywna interpretacja intencji innych osób, poczucie samotności, traumatyczne doświadczenia, straty itd. Bywa też odmiennie, że fasada na pierwszy rzut interesująca, a jak zajrzeć do środka to tłumiona złość, brak akceptacji siebie, lęki... To taka trochę terapeutyczna postawa, ale bardzo dobrze ucząca akceptacji człowieka, sympatii do jego człowieczeństwa (mniej lub bardziej poranionego) i nie oceniania go pochopnie. A jak ktoś woli formę bardziej duchową, ewangeliczną, to można taką postawę nazwać "Oto człowiek". O takiej postawie mówił dominikanin Joachim Badeni w rozmowach z kobietami, kiedy pokazywał im jak wydobyć się z niechęci do ludzi, oceniania: "wobec tego CZŁOWIEKA byłam wewnętrznie nieżyczliwa, (...) okazałam niechęć, odrazę. W czasie posiłku- podsunęłam temu człowiekowi byle jak talerz: Jedz sobie, masz!; przeszłam koło niego z tak wyraźną obojętnością." Czyli najpierw zobaczyć Człowieka.

      A jak już kochamy ludzi, to najlepszym wyrazem naszej miłości do zwierząt będzie zadbanie o to, abyśmy mieli do nich szacunek i przestrzegali ich praw. I tyle chyba powinno wystarczyć na dzień św. Walentego i dni kolejne :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „O miłości”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      anna.schmidt
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 lutego 2013 14:12

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

tekst alternatywny

Szczypta Świata - produkty Fair Trade, yerba mate, muzyka Putumayo, chusty do noszenia dzieci, biżuteria etniczna Psy, rasy psów, pies w hodowli, psy rasowe, wszystko o psach PustaMiska - akcja charytatywna

Opcje Bloxa